Łączna liczba wyświetleń

sobota, 17 grudnia 2011

Masz tak jak ja, w tylu miejscach poklejone serce.

Ach, kurwa. Miłe sny to świetna sprawa ale ciężko później wrócić do rzeczywistości. Człowiek chodzi skołowany i myśli jak pięknie by było, gdyby te obrazy stały się rzeczywistością.. Dziś było podobnie. I wcale nie śnił mi się jakiś książę, love story, miliony na koncie, piękne miejsca, nie wiadomo co.. tylko... pies. Mały szczeniak, owczarek niemiecki z przyklapniętym uchem, który za wszelką cenę chciał dostać się na łóżko, bezczelnie mnie pogryźć tymi małymi kłami, po czym zasnąć na większej części poduszki.. Nie pamiętam już jak się nazywał ale znając mnie, pewnie było to coś nawiązującego do mitologii. Poczułam już czego mi brakuje. Psa właśnie. Odkąd nie ma Homera, czuję, że brak mi przyjaciela jakim był dla mnie ten pies.. To tak odnośnie dzisiejszego poranka, o niebo lepszego niż ostatni, kiedy obudziła mnie przedpołudniowa impreza gówniar z gimnazjum (no głosy to one mają jak słowiki... -.-). Muszę się jeszcze podzielić bardzo smutną informacją.. żywiąc nadzieję co do ponownego otwarcia Irish Pubu z przykrością stwierdzam, że moja kochana Molly nie żyje - tak jak się obawiałam umarła wraz ze zdjęciem szyldu z rynku starego miasta... Po wejściu do 'nowej Molly' wyszłam stamtąd jeszcze szybciej.. Gdzie klimat, gdzie ci ludzie, gdzie cegły, beczki i drewniane schody, gdzie wąskie korytarze, gdzie dym, gdzie przytłumione światło gdzie koncerty na żywo, gdzie kible bez klamek, gdzie WITRAŻ Z JELENIEM ja się pytam..?! Moja irlandzka speluna jednak odeszła na dobre i żadna już jej nie dorówna.. Guinness już nigdy nie będzie smakował tak dobrze... Ehh. żegnaj, Molly..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz